Słowenia 2008 – relacja z mojego pobytu. cz. 1
Po spędzeniu kilku dni w Rumuni niedosyt sprawił, że postanowiłam wykorzystać jeszcze ciepłe dni wrześniowe i gdzieś wyjechać. Nie ukrywam, że od dawna chciałam zobaczyć Słowenię, w końcu ten kraj jest tak zachwalany przez internautów. Dlaczego więc nie teraz ?
Datę wyjazdu ustaliłam na 30 sierpnia – sobota. Urlop mam, Mariusz zwolnienie ma :) Nie było na co czekać i już przed 5:00 wstaliśmy aby o 4:30 wyruszyć SX’em z Kielc na południe. W Polsce – jak to w Polsce – dopiero po 5 godzinach dojeżdżamy do granicy polsko – słowackiej. Później Bratysława, Wiedeń i Austria aż do samej granicy ze Słowenią, do której dotarliśmy przed 16:00. Korzystając z okazji poruszania się po szerokiej i równej autostradzie, wybadałam możliwości mojego autka ;)


Jeden z wielu tuneli austriackich
Jezioro Bled i Bohinj
Słowenia od swojej zachodniej granicy wita turystów pięknym, górzystym krajobrazem. Alpy julijskie przyciągają wzrok a małe kościółki usytuowane na wzgórzach, co jakiś czas wyłaniające się zza gór, tworzą sielankowy krajobraz. Jest to kraj bardzo zadbany. Czysto i przyjemnie. Ładnie. Miejscowości atrakcyjne turystycznie są niemalże idealne. I kwiaty doniczkowe, takie jak pelargonie. Kwitną na balkonach każdego domu, na przystankach, na ogrodzeniach i balustradach. I są brązowe ławeczki, i przystanki autobusowe z daszkiem, i ładnym koszem na śmieci i trawka wszędzie jest ładnie przycięta …

Największe jezioro w Słowenii – Bohinj

Wyporzyczalnia kajaków na jeziorze Bohinj.

Na pierwszy “postój” wybrałam okolice jezior Bled i Bohinj. Tak na prawdę nie wiedziałam, gdzie będziemy nocować. Dodać w tym miejscu warto, że Słowenia jest krajem stosunkowo drogim. Kempingi wcale nie są tanie, a i tak są najtańszą alternatywą noclegu, więc raczej nastawialiśmy się na taki pobyt. Czytałam o kempingu Zlatorog, który znajduje się nad brzegiem jeziora Bohinj, wśród gór, wśród drzew … Gdy dojechaliśmy na miejsce, bez kitu byłam w szoku !! Nie przypuszczałam, że w rzeczywistości jakiekolwiek miejsce może wyglądać lepiej i atrakcyjniej niż przedstawione w informatorach turystycznych. A tak było ! Nie zastanawiając się ani minuty, znaleźliśmy miejsce i po kilkunastu minutach namiot stał rozstawiony zaledwie klika metrów od brzegu jeziora.
Jedynym mankamentem tego kempingu jest jego kamieniste podłoże, więc jak ktoś nie ma stalowych śledzi, to ma problem. Będzie miał pokrzywione śledzie. Jak ktoś nie ma grubej karimaty, to też ma problem. Ale co tam, mięttcy nie jesteśmy ;) Jeszcze tego samego dnia spacer po okolicy, rozeznanie w terenie i browarek w knajpce :) A knajpka fajna była .. jak to knajpka. Oprócz trunków alkoholowych, z samego rana na przykład można było nabyć świeże pieczywo !
Kilkanaście kilometrów od jeziora Bohinj znajduje się bardziej znane i częściej odwiedzane przez turystów – jezioro Bled, na którym znajduje się jedyna w Słowenii wyspa !! Bez dwóch zdań, ładnie tam jest. Ale też dużo ludzi i zamieszania.

Jezioro Bled. Widok na wyspę i zamek.

Widok na zamek.

Chyba najpopularniejsze piwo w Słowenii.
Drugiego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do stolicy kraju, czyli Ljubljany. Słowenia jest tak mała, że podróżowanie po całym kraju jest bardzo szybkie. Jej powierzchnia porównywalna jest z województwem małopolskim a łączna ilość kilometów autostrad (ponad 400 w roku 2008) jest tylko o połowę mniejsza niż łączna liczba km autostrad w naszym CAŁYM kraju. Należy tu wspomnieć o winietach, a raczej o cenie jaką trzeba za nie zapłacić. Otóż od 1 lipca 2008 roku można było kupić tylko półroczną winietę za 30 euro. Masakra jakaś normalnie. Jedziesz na kilka dni a płacisz jak za pół roku. Do tej pory mam ją na szybie.

Ljubljana.Most na rzece.

Jeden ze smoków strzeżących stolicę.

Samo miasto nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Ot, taka sobie mieścina z dziwnym zamkiem na wznoszącym się ponad centrum wzgórzu. Nie znalazłam tu nic niezwykłego ani przyjemnego na tyle, aby kiedyś wrócić. Oprócz stolicy zwiedzaliśmy też zachwalane w przewodniku Bezdroży „Słowenia. Słoneczna strona Alp” miasto Skofja Loka, które obojętnie na mnie wpłynęło. Może dlatego, że już naoglądałam się mnóstwa miasteczek w podobnym stylu ?
Podczas kolejnych dwóch dni zwiedzaliśmy rejon Kranjska. Piesza wycieczka do wodospadu Savica, spacer w przepięknym wąwozie Vintgar i krajoznawcza wycieczka autem po okolicy.


Wąwóz Vintgar

Wodospad Savica.
cdn …
.. jura .. rower .. i stary kit.
1 maja – święto – czyli wolne – czyli Polacy robią co chcą – czyli ok 80% z NAS grilluje, pije browar i siedzi przed telewizorem albo udaje, że coś robi w ogródku stawiając doniczki z kupionymi, ”gotowymi” roślinami. Postanowiłam więc zasilić szeregi tych nierozleniuchowanych ludzi i zmusić się do wysiłku robiąc parę kilometrów rowerkiem, w przyjemnym dla oka krajobrazie. Wybór padł na Jurę, chociażby z tego względu, że dawno tam nie byłam. Żeby nie robić sobie zbędnego balastu zabrałam ( oprócz korpusu D50 i rowerka of course ) TYLKO kitowy obiektyw – AF-S DX Zoom-Nikkor 18-55 mm f/3,5 – 5,6 ED. Po piwersze lekki – tylko 210g, po drugie tani – tylko ok 300zł, po trzecie nie zależy mi na nim, więc mógł się uszkodzić a wtedy pewnie zostałby tam gdzie się zepsuł już na zawsze. Nie używałam tego badziewia od bardzo dawna. Do szerokich kadrów używam teraz Sigmy 10-20 mm f/4-5.6 EX DC HSM, do wąskich – stałek, więc to co zobaczyłam na moich fotkach po wywołaniu RAW-ów to była masakra a nie zdjęcia ! Na dużym cropie fotki wyglądają jak robione tandetnym kompaktem, odwzorowanie kolorów straszne, bo o głębi ostrości już nie chcę nawet wspominać.
NIGDY więcej nie zabiorę kita i nie będę go używać. Moje pierwsze przykazanie :) No, chyba że trafię na sesję na poligonie wojskowym :) Lepiej męczyć sie z dodatkowymi 300 grami i być zadowolonym z jakości niż później wywalić wszystko do kosza.
Ale wracając do leniwców i rowerzystów – na Jurze proszę Państwa mnóstwo rowerzystów jest . Ucieszyło mnie to bardzo, byłam szczęśliwa, że naród jednak czynnie wypoczywa, dopóki nie dojechałam do pierwszej przydrożnej knajpki, w której to rowerzyści w ramach odpoczynku przy browarku spędzali radośnie ten świąteczny dzień. Biorąc pod uwagę ich bełkot, dłuuuuuuuuugo odpoczywali !

Kapliczka św. Idziego w Zrębicach
“Mały Tybet” .. czyli Livigno cz. 2
“Mały Tybet” .. czyli Livigno.

Podobno do Livigno przyjeżdża się tylko raz. Później już się tylko wraca.
Wenecja ‘08
Jedyne miasto w swoim rodzaju, tłumnie odwiedzane i piękne. I wcale tam nie śmierdzi !
Cieszyłam się na ten wyjazd, bo wiedziałam, że będzie co fotografować. I faktycznie – było. Szkoda tylko, że mnie się nie udało oddać choć w malutkim procencie tego, co widziałam. A dlaczego ?
Po pierwsze pora roku – lato, która oznacza tłumy ludzi w każdym, najmniejszym zakątku tego miasta. Zrobić zdjęcie bez człowieka w tle wymaga ogromnego szczęścia i cierpliwości. Po drugie pogoda, a raczej słońce, które przez cały dzień maluje cudowne cienie w każdej wąskiej uliczce, kanale, placu i moście ! Nie muszę chyba mówić co to oznacza dla aparatu :) I temperatura – ponad 30 stopni. Dla przeciętnego Polaka, to jednak sporo i zmęczenie odczuwa się bardzo szybko, co oczywiście ma wpływ na zdenerwowanie i pośpiech.
Zdecydowanie tam jeszcze wrócę .. ale zapewne będzie to listopad !















































































